o duchu lasu

by Michał Górecki on 25/01/2012

Wystarczy chwila. Sekunda. Zapach dymu z ogniska gdy sąsiad pali liście jesienią. Skrzypnięcie śniegu pod nogami i mroźne szczypnięcie w nos przypominające Murzasichle. Pierwsze wiosenne podmuchy albo zapach rozgrzanej słońcem kory w ogródku. Wlatuje wtedy nagle zupełnie nie wiem skąd, sieje totalne spustoszenie w głowie i ucieka uchem zostawiąc zupełnie ogłupionego i ogłuszonego. Budzi się we mnie zew pierwotny wtedy, chce krzyczeć, chce uciec gdzieś w dzicz, gdziekolwiek zdala od asfaltu, od betonu, od świateł i zaduchu. Wyciąga ze mnie całe lata wspomnień, przerzuca przed oczami miliardy slajdów i zdarzeń. 

Coś zgubiłem. Definitywnie. Utrzymującą mnie od zawsze przy życiu i zdrowych zmysłach równowagę. Urbi et silvi. Miasto i walden. Technologię i woodcraft. Wygodę i geekowość zrównoważoną obserwowaniem mrowiska i graniem na gitarze na zboczu połoniny. Gdzieś tam po cichu wycofałem się z paktu z samym sobą i zaczałem udawać że go nigdy nie było. Ale to nie działa. 

Nie zrozumiesz tego. Takie są szanse. Statystycznie jesteś jedną z tych osób które zupełnie nie wiedza o czym bredzę, tą która spędzała nastoletni i późniejszy czas gdzieś na imprezach, w klubach, w zaduchu papierosów i oparach wódki. Nie byłem święty, nigdy. Ale mój świat był zupełnie gdzie indziej. Ba, czasami tydzień w mieście wydawał się zbędnym dodatkiem do weekendu, weekendu podczas którego liczył się tylko mój tshirt, treki i spodnie M65. Jakby tanio to dla ciebie nie brzmiało, jakby nie śmierdziało oldskulowym trampingiem, termosem, kanapkami i  smętnymi piosenkami z lat 70tych – to był dla mnie idealny świat ucieczki. A może po prostu równowagi…

Brakuje mi tego cholernie, coraz bardziej. Dziś, w świecie tak bliskim, a jednoczesnie tak dalekim. Ile minęło? Kilka lat? Otaczająca mnie cybernetyka, przyjaciele na życzenie, poklask na kliknięcie myszki. Wyścig na fajne linki i teksty, brak czasu na zwykłe zamyślenie i zawieszenie się na chwilę. Teraźniejszość wypełniona stałą interakcją, bez przerw, bez nudy. Niebieski portal który uwielbiam nienawidząc. Złodziej mojego czasu. Wirtualny, wszędobylski spowiednik. Urywki rzeczywistości skrawki życia wrzucone do jednego worka. Pożywka dla mojego ADHD. Next, next, next. Lubię, nie lubię, coś powiem, polubię coś co ktoś powie. Zaistnieję na chwilę, zabłysnę, zgasnę, pójdę gdzie indziej. 

Czasem gdy w kolejnym pędzie szukam części garderoby zajrzę do tej zapomnianej szuflady, dotknę chusty, starych koszulek, bojówek, polaru.

Chciałbym wyjść jeszcze tak, wyjechać. Bez udawania. Znaleźć korę brzozową i świerk. Poświęcić całe pół godziny na staranne układanie, rozpalić i pogapić się w ogień. Pogapić się bezmyślnie w wodę. Tak daleko, daleko jest walden.

Chciałbym zatęsknić za miastem tak jak tęskniłem za nim po 4 tygodniach mieszkania w środku lasu. Chciałbym zatęsknić za wanną. Za miastem, za wygodą, za chilloutem. Mieć poorane palce od strun i nogi potrzebujące wymoczenia w wannie. 

Jakby to wszystko trywialnie nie brzmiało. Do lasu mnie. I do gór. Bardzo. Ktoś ze mną?


No Comments

o śmierci

by Michał Górecki on 7/03/2011

Śmierć fascynowała mnie chyba od dziecka. Wiem, wiem, fascynowała każdego, bo jakże mogła nie fascynować? Najpierw próbowałem ją zrozumieć, ale przy kilku zawieszkach umysłowych postanowiłem to porzucić – nie byłem w stanie pojąć wieczności. Dodawałem do niej kolejne dni, miesiące i lata i nadal to nie było to.

Z pomoca przyszła mi definicja Nieba. Wiedziałem już, że po śmierci nie zostanę pochłonięty przez Niewiadomoco na Niewadomojakdługo. Będę Tam, cokolwiek to by miało znaczyć. I wtedy właśnie to zaprzatnęło mój umysł.
Bo jak TAM jest? Co będzie się TAM robić? Czy dostanę taśmę mojego życia z której będe mógł zmontować film, albo co najmniej kilka teledysków? A co z momentami z których nie jestem zbytnio dumny? Czy wszyscy będą mogli je oglądać? Oby nie… 
I wreszcie JAK będziemy się widzieć? Czy moja prababcia Czesia która zmarła jako sędziwa staruszka będzie właśnie tak widziana przez swojego męża który umarł o wiele młodziej? Tu też wymyśliłem, że każdy będzie widział drugą osobę właśnie taką jaką ją zapamiętał. Problem z głowy.
Ale to nie Niebo zaprzątało moje myśli najbardziej. Tylko moja śmierć, moja własna śmierć. Uwielbiałem ją udawać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że to z próżności. Z próżności? Tak. Kładłem się na łóżku i udawałem trupa. Chciałem by inni to zobaczyli, by cieszyli się, że to nieprawda. By doceniali to że żyję. 
Wiem, to straszne. Ba, zrażony nieco tym że nikt nie zauważał że leżę dobre piętnaście minut w nieruchomej pozycji (“śpi pewnie”) kładłem na brzuchu kartkę z napisem “UMARŁEM”. Dziadek nigdy nie lubił takich żartów i zdenerwowany miął kartkę i wrzucał ją do pieca. Dziś wiem, że były to strasznie brutalne żarty – pierworodny syn mojego dziadka zginął tragicznie w wieku 14 lat…
***
Uwielbiam scenę z Tomka Sawyera gdy chłopaki aranżują swoją śmierć i obserwują swój pogrzeb. Kto przyszedłby na mój? Nie raz się nad tym zastanawiałem. Jakby wyglądał? Wiem, wiem, próżność. Co zrobić.
Nie raz zastanawiałem się nad tym jakby wyglądał. W końcu znam mnóstwo ludzi – przewinęło się przez moje życie setki osób, ba – tysiące. Choć specjalistą w żadnej dziedzinie nie byłem, to zaistniałem na wielu frontach. Kto by przyszedł? Jakby to wyglądało? Nie mogę przestać się nad tym zastanawiać…
***
I wtedy po latach rozważań w tym stylu przyszła wiadomość. Uderzyła całkiem niespodziewanie, przy okazji badania gardła. Guz. Guz tarczycy. Oczywiście “w większości wypadków niegroźny”, “nie ma co się nim na razie przejmować”, ale jednak. Pierwsze badania wykazały, że jest niemożliwy do zdiagnozowania bez wycięcia. Ot taki obcy który da się zbadać dopiero po jego usunięciu. Więc trzeba będzie je wykonać. Zaraz po serii szczepień na żółtaczkę. Czyli jakoś lada dzień.
Wrodzony optymizm, czy też może beztroskie podejście do życia jak nazywa to mój Tata, nie pozwalają na stałe dochodzić do głosu złym myślom. Ale te mimo wszystko się przebijają.
Bo śmierć mimo wszystko była czymś bardzo odległym. A teraz? “W 80% przypadków jest to guz niegroźny”. A pozostałę 20%? To sporo. To więcej przecież niż wypadnięcie określonego numeru na kostce sześciościennej. A te wypadają co chwilę, right?
Myśli znowu wracają. Z podwójną i potrójną siłą. Co dalej? Co gdyby to była prawda? Co bym zrobił? Czy walczyłbym do końca, czy próbowałbym zrobić to wszystko co zawsze chciałem zrobić, a na co nie miałbym teraz zbyt wiele czasu? Czy zostawiłbym rodzinę po to żeby przejechać się Route 66 i skoczyć na bungee czy polecieć balonem? Czy raczej namawiałbym jakiegoś artystę z którym zawsze chciałem zagrać na scenie na jakiś wyciskający łzy przedśmiertny występ? A może po prostu chciałbym żyć dalej nie zauważając że cokolwiek się dzieje?
Nie wiem. Myśl zalęgła mi się w głowie i nie daje spokoju. Zupełnie jak zadanie z wielorakich szkoleń “nie wyobrażaj sobie zielonego słonia”. No jak nie? Nie wiem jak.
Już niedługo rozwiązanie problemu. Jestem dobrej myśli. Jak zwykle. Ale nie mogę przestać myśleć. Jak bym zakończył swój żywot z charakterystycznym dla mnie “pierdolnięciem”? Może kazałbym się rozsypać nad Bieszczadami? A może nagrobek ze znakiem Assassin’s Creed? A może z napisem “Find me on Facebook”? A może sam go zadesignuję. A może…. Zamknij się. Będzie ok. Musi być. Hough.
No Comments

o miłości

by Michał Górecki on 8/02/2011

Nie zrozum mnie źle. Jest mi dobrze. Bardzo dobrze. Właśnie pod tym kątem. To nie jest tak, że chciałbym wrócić do Tamtych czasów na siłę, koniecznie i w ogóle. Nie. Jest mi dobrze. Nie martwię się o przyszłość nie martwię się o to Czy Ona Mnie Lubi ani o to Czy Jej Się Podobam, bo mam w tym względzie stabilizację. Nie myślę o tym Co Będzie Dalej ani o tym Co Będzie Jak Się Rozstaniemy. Bo to teraz trudne, na tyle trudne, że każda kłótnia która kończy się nawet myślę “to koniec” zamienia się w “ogarnij się chopie i idź spać, jutro będzie lepiej”. Jest dobrze, jest na tyle stabilnie, że o tym generalnie już się nie myśli.

Ale gdzieś tam, z tyłu głowy odzywa się głos który mówi “brakuje mi czegoś”. Bo brakuje. Bo tak już w życiu jest że czegoś zawsze brakuje i wcale nie znaczy to, ze jest teraz źle, czy że mogłoby być lepiej. Ale brakuje. Czegoś brakuje. Bo zawsze brakuje.

Brakuje tego czegoś ulotnego, tego czegoś co choć nie było stałe, co choć miało stabilność rozkładającehgo się uranu, było jednak na tyle głębokie, że porażało wszystko, że wbijało się gdzieś w mózg i powodowało kompletny patraliż i niemożność myślenia.

Codzienność to zabija. Jest dobrze, jest bardzo dobrze, jest codziennie. Jest tak jak miało być – są pieniądze, jest stabilizacja, nie ma walki o jutro. Ale gdzieś tam, gdzies w środku budzi się demon mówiący że mogłoby być głębiej. Że bywało bardziej i mocniej. I jakoś tak gwałtowniej. Że świat wirował, że wszystko wirowało, że było niesamowicie.

Brakuje trochę tego. Brakuje nawet bardzo czasami. Mam wrażenie, że życie po prostu wypłaszcza się jak drgająca harmoniczna, że wypłaszcza się po to by osiągnąć prostą, zupełnie płąską, przewidywalną, o która tak bardzo prez te wszystkie burzliwe czasy licealne i studenckie tak bardzo walczyliśmy. Prostą przewidywalną do bólu, ale jasną i przejrzystą. Że już nic nie będzie, nie będzie Brzeźna, ani randki wzduż wału, nie będzie budynku na Toruńskiej, nie będzie miejsca gdzie przebiega trasa koło Obi, nie będzie nocnych kebabów, nie będze przystanku na Handlowej nie będzie lasku na Tarchominie, ani w końcu randki w McDonaldzie. Nie będzie niczego z tych hermetycznych spraw które kiedyś powodowały  że emocje sięgały zenitu. Będzie spokojnie i ustabilizowanie, ale jednak nudnie nieco. Takie życie. Co zrobić. Takie jak chciałem, ale…?

No Comments

o rocku

by Michał Górecki on 3/02/2011

W radiu leci właśnie Lay Lady Lay. I tak sobie myślę, że dawno temu – dla części z Was nawet bardzo dawno, nastąpiła pewna bardzo korzystna dla mnie sprawa. Otóż gdzieś w połowie lat 90tych, moja ówczesna miłość licealna (która okazała się być miłością z tej samej ulicy, ale to inna historia) okazała się być posiadaczką kolekcji płyt Classic Rock. I te własnie płyty leciały na okrągło kiedy to zamykaliśmy się w pokoju. Nie, nie było AŻ takich zbereźnych rzeczy o których myślicie, bo byłem młody i w miare grzeczny (choć coś tam pewnie było :P). Ważne jest to że był ładunek emocjonalny, mega ładunek temu wszystiemu towarzyszący. Ładunek którego pewnie już nigdy nie będzie, bo tak juz jest na świecie i nie ma co się z tym zżymać. 

W każdym razie rock leciał, a ja do tego większej wagi nie przykładałem. Ot muzyka, niech leci, jest fajna, pozwala wygłuszyc to wszystko co dzieje się wokół – krzyczący brat mojej dziewczyny, jej rodzice krzatający się po kuchni i inne odgosu dnia codzinnego.

Jak mało byłem świadomy w tych dniach, mało świadomy, że te własnie kawałki będace kanonem klasycznego rocka, wybrane starannie przez jakiegoś muzyka, wbiją mi się w głowę tak bardzo, że po latach będą automatycznie przywoływac tamte wspomnienia, tamte chwile tak beztroskie, tak namiętne i zupełnie odległe od dzisiejszej zadaniowo/misyjnej/upierdliwej rzeczywistości. Wszystkie te kawałki z kanonu światowego stały się moim prywatnym kanonem. I tyle. Lay lady lay.

No Comments

sweet minimal

by Michał Górecki on 7/09/2010

Wracam czasami. Mniej lub bardziej świadomie – pełniej lub tylko przelotem. Gdzieś tam odzywa się nagle i przelatuje z całą mocą to uczucie gdzieś tam słodkie i mininalistyczne zupełnie. Pamiętające kebaba w środku nocy i kozy walące głową w krawężnik. Coś prostego nieznanego zarazem. Dziwnego i szalonego. Harambee i bity zupełnie mi nieznane.

Minimalistycznie bo tak mało na głowie, tak proste wszystko, pobudka, praca, free time. Wszystko skondensowane do małej kapsułki. Zero stresu, wyrwanie z poprzedniego życia ale brak pewności co do tego co ma być i co będzie.
Filmy na starym telewizorze i bagienna sypialnia. Rozkosz. Siedzę i słucham chilloutu, ciemno, zupełnie jak wtedy gapię się w monitor i odcinam od świata.
Rozumiem teraz dzielenie rzeczywistości na blogi, na różne światy, na ten bardziej freak i ten bardziej love, na ten foto i inny. Jestem tu, teraz, lata później dopiero tam gdzie mogłem być wtedy, gdzie niezdążałem. Chciałbym na chwilę wejść w ten matrix, umoczyć palca w tamtej rzeczywistości, poczuć smak. Dobrze że zachowałem to gdzieś głęboko. Hermetycznie. Niezrozumiale. Nie dla ciebie. Zupełnie.
No Comments

o lordach

by Michał Górecki on 25/03/2010

Up in the air. To już drugi film z Georgem, z twisterem na końcu. Lubię George’a choć nie jest on dla mnie jakimś mega genialnym aktorem. W każdym filmie gra prawie tak samo. Ale cóż począć, każdy chciałby się starzeć tak jak on. No cóż, w moim przypadku pozostaje mi tylko Bruce.

Film jest całkiem niezły, ale nie chciałbym pisać bezpośrednio o nim, a o czymś co nurtuje mnie od pewnego czasu, a ten ruchomy obraz jedynie mi o tym przypomniał.
Nie mam złotej karty American Airlines. Platynowej tym bardziej. Pewnie dlatego, że nigdy z nimi nie latałem. Mam zwykłą, granatową kartę Miles and More na której nie mam szans uzbierać ilości mil odpowiedniej do uzyskania statusu zwykłego starszego śmiertelnika sztabowego. I pewnie więcej okazji ku temu niż w ostatnich miesiącach mieć nie będę.
A jednak nalatałem się ostatnio nieco i czułem się dość podobnie do Dżordża. Na swoją skalę oczywiście. Po którymś locie zaczynasz wszystko traktować automatycznie. Może to kwestia początku rutyny, a może po prostu wspomnianego w filmie zostawienia bagażu i tego lekkiego powiewu luksusu który towarzyszy każdemu lotowi. Bo jest on niezaprzeczalny.
Głębsze zastanawianie się nad tym pozwala mi po raz kolejny zastanowić się nad moją wewnętrznie sprzeczną naturą. Nie wyobrażam sobie zupełnie spalenia mojego plecaka. Spalenia rzeczy dla mnie ważnych, przecięcia korzeni i wyjechania na drugi koniec świata. Po to, by wyjeżdżać znowu. I znowu. Ja – osoba żyjąca nie raz przeszłością, wspomnieniami, datami, ludźmi, miejscami. Ale może właśnie dlatego, że do ludzi i miejsc tak mocno się przywiązuję, lubię czasem zostawić ten bagaż za sobą i wsiąść do samolotu. Poczuć tą lekkość posiadania tylko jednej małej walizeczki na kółkach.
To taki posmak luksusu. Nie masz przy sobie tego całego ciężaru życia, twoich nagromadzonych przez lata rzeczy, drobiazgów, ubrań przypominających ci o setkach wydarzeń i miejsc pamiętających to czy tamto. Jesteś tylko ty i twoja mała walizka tocząca się gdziekolwiek pójdziesz.
Ważne by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ważne by wszystko było gładkie. Smooth. W całym tego słowa znaczeniu. Czyste buty, starannie wyprasowana koszula. Dobrze dobrane ubranie – nie za ciepło, nie za zimno. Staranne ogolenie, najedzenie. Obcięte paznokcie, czystość, dobre perfumy. Nie za słabe, nie za mocne. Zero pałętających się rzeczy. Zero zbyt dużych przedmiotów w kieszeniach, czy rzeczy które musisz wyjąć przy kontroli. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Niepotrzebny pasek który musiałbyś zdjąć, idealnie buty których zdjąć do kontroli nie musisz. Płynnym ruchem wyjmujesz laptopa, przecież wiesz dobrze, że musisz go wyjąć. Nie okazujesz tego, ale podświadomie patrzysz z góry na tych, którzy tego nie wiedzą. Wszystkie zbędne przedmioty są już schowane, przechodzisz przez bramkę, nic nie piszczy. Oczywiście. Delikatnie pokazujesz to swoją miną. Czemu miałoby piszczeć? “To co zwykle, Panie Staszku”.
Luksus. Czy może jego namiastka. Lubię czasem go liznąć. Jako osoba która spała w pasterskim szałasie na zboczu góry z Zawoi, czy we własnoręcznie zbudowanym schronieniu  w lasach Suwalszczyzny. Siadam na miejscu. Wszystko co ma być schowane, jest schowane. Samolot kołuje, jednostajny dźwięk silnika  sączy się do moich uszu. Czekam na dźwięk sygnalizujący możliwość rozpięcia pasów. Wyciągam laptopa. Zakładam słuchawki, odpalam film. Zamawiam niegazowaną wodę z cytryną i małe, białe wino. Jest lekkie jak cała sytuacja. Jestem lordem.
Lubię grać. Lubię przemierzać zamaszystym krokiem hall hotelu, lubię każdym krokiem mówić “tak, to ja, bywalec hotelowy” choć doskonale zdaje sobie sprawę, że to wierutna bzdura. Podaje swoje dane i z lekką nonszalancją odbieram klucz do pokoju. Tam czeka na mnie moja tymczasowa rzeczywistość – zresetowana, wyprasowana, czysta, gotowa. Moje tymczasowe mydło, tymczasowa pościel, tymczasowy szlafrok i tymczasowy napój z tymczasowej lodówki. Wszystko czyste, tabula rasa, niezabrudzone historią, będące kwintesencją teraźniejszości. Nawet syk otwieranego napoju jest inny, lodówka sterylnie czysta i bezwonna, nieskażona zapachem zwykłej, siermiężnej lodówki serowo-jajeczno-wędlinowej. Ta wydaje mi się teraz czymś paskudnym. Bo i po co trzymać jedzenie w lodówce? Wystarczy zjechać na dół i posilić się w restauracji. Czystym. Umytym. Wyprasowanym. Zresetowanym. Jutro też będzie dzień świstaka.
Mógłbym tak żyć. Przez chwilę. Gdybym mógł zostawić swój drogocenny bagaż w dobrze strzeżonym miejscu i zatrzymać czas. Mógłbym poruszać się krokiem z lekką nutką nonszalancji przez lotniska świata i światowe hotele. Niekoniecznie te mega luksusowe – tam byłbym zbytnio przytłoczony tymi którzy nie wiedzą co zrobić z luksusem. Wystarczą mi takie czterogwiazdkowe. I ta lekka nuta luksusu taxówkowo-samolotowo-hotelowa. Byłbym takim frequent travellerem. Na trochę. Na chwilę. Do pierwszego osamotnienia. 
No Comments

o uczuciach

by Michał Górecki on 23/03/2010

Facet właściwie nie może pisać o uczuciach. Przynajmniej facet hetero. No bo jak? Przecież to sfera zarezerwowana w zupełności dla kobiet. Facet piszący o uczuciach, o zmysłach, o emocjach wystawi się właściwie od razu na pośmiewisko i lincz. Bo to przecież nie przystoi. Do etosu myśliwego, do twrdzielstwa, do smrodu potu. Wyjątek stanowią geje (postrzegani przecież raczej negatywnie) i poeci czy inni artyści (postrzegani raczej nieszkodliwie, ale z dystansem). No bo jak to?

Jest przecież tyle tematów. Jest piłka nożna, są samochody, są komórki, jest technologia. Jest narzekanie na żonę, jest piwo. Są tez inne dyscypliny sportu o których można rozmawiać. Jest żużel, są skoki narciarskie, są wyścigi.
Nieco to pierdolę. Co mam zrobić, że pomimo swojej dość mocno heteroseksualnej orientacji za grosz nie interesuje mnie ogldanie spoconych facetów uganiających się za kawałkiem skóry? Ani wodzenie wzrokiem za gościem ześlizgującym się ze skoczni? Sruuu, siup, frrr, pac. Nuda. 
Oprócz zniewieścienia mogę być posądzony o banalizowanie. O schodzenie na poziom nastolatka, o ocieranie się o kicz i temu podobne. Czyżby?
Czemu do cholery nie mogę napisać otwarcie o uczuciach? O emocjach? Czy jest to zarezerwowane dla Wielkich Nazwisk które bronią się po prostu sobą? Nie wiem. Więc mam to gdzieś.
A zresztą co złego jest w cofnięciu się do czasów kiedy nie porosła nas jeszcze skorupa szydery i zobojętnienia? Kiedy miłość odbieraliśmy tak czule jak skóra po goleniu odbiera mróz? Co złego jest w cofnięciu się do czasu kiedy z dziecięcą naiwnością poatrfiliśmy patrzeć się przez godzinę na muchę chodząca po ścianie – było w niej coś niesamowitego. Czas nie płynął, a my nad nim się nie zastanawialiśmy.
Ja lubię cofać się zarówno do tej dziecięcej ciekawości jak i do nastoleniej wrażliwości na piękno świata. Nieskażonej brudem pracy i szyderą dnia codziennego. Powiem więcej, osobom które uważają się za bardziej doskonałe w swej pogardzie dla tych delikatnych i niemęskich uczuć niegodnych dorosłego faceta, nieco współczuję. Bo uważam je za niedorozwinięte emocjonalnie. Lub strasznie zablokowane, jeśli w sobie to duszą.
Szczególnie teraz, gdy przyszła tak długo wyczekiwana wiosna. Kiedy świat chcę chłonąć całym sobą, wszystkimi zmysłami. I będę to robił Wbrew wam – szydercze sztywniaki. Amen.
No Comments

chaos

by Michał Górecki on 25/01/2010

Tu właśnie wszystko zacząć się powinno. W tej ciemni pełnej myśli nieuczesanych, rodzących się gdzieś pośród szalonych reakcji i przebłysków. Błądzących w celu wygładzenia i wynormalnienia, aby w formie nudnej i wygładzonej wydostać się na zewnątrz. Ale opór przed otwarciem ciemni, przed terminalnym ekshibicjonizmem był tak wysoki, że całość dojrzewała miesiącami, czy nawet latami, zanim mogła uzyskać ową dojrzałość pozwalającą jej na ujrzenie światła dziennego. A właściwie ciemni dziennej, ledwo okraszonej czerwoną lampą, wszak ciemnia światła nie lubi i nie dość że traci magię swoją zupełnie, to jeszcze wszystko co w niej zawarte w jednej chwili kompletnie zniszczyć się może.

Ale stało się, otworzyła się, wpuszczając w bibliotecznej ciszy do środka, bez możliwości dania ci interakcji, napisania czegokolwiek, porozmawiania o tym, nic, cisza, spokój, niebyt.

W mojej chorej chęci nieskończonego podziału rzeczywistości na coraz mniejsze encje i wkładania w coraz mniejsze szufladki miałem ochotę założyć dwa blogi – jeden traktujący o choćby najbardziej skręconych wymysłach mózgu, drugi ukazujący zupełnie bezwstydnie moje hemingłejowskie zamiłowanie do obserwacji rzeczy zwykłych i niezwykłych, do emocji z tym związanych i oddawania się im bezgranicznie. Ale nagle dopadła mnie niemoc straszliwa narysowanie w jednym, określonym miejscu, cienkiej czerwonej kreski, oddzielającej świat ratio i emotio, pojawiły się miliony bytów będące jedną nogą tu, drugą tam więc w końcu poległem i zdecydowałem się na jeden, wewnętrzny twór w którym wrzucać w sposób zupełnie nieuporządkowany wszystko będę. Jak leci. Bez obróbki.

I niech nie zmyli was mnogość bytów, bo nigdy się nie dowiecie czy jest ona realna, czy to koleje schizofreniczne alter ego poprosiło o swoją kolejkę i zdecydowało się zakomunikować o swoim istnieniu, a może to po prostu kolejna paskudna gra, maska, wymyślony byt i zabawa. Bo co to za różnica?

Nie porządkuj, nie trywializuj, nie komentuj, nie rozmawiaj, nie rozmyślaj, nie zastanawiaj się, nie wyjmuj na światło, bo zwiędnie, zdechnie, wyblaknie i strywializuje się jak sen choćby najwspanialszy, który po zderzeniu z brutalną rzeczywistością staje się prosty, głupi, śmieszny i zwijający się ze wstydu w kłębek pod poduszkę. Bo do końca nie wiesz co jest rzeczywistością, a co bytem literackim. Bo i po co masz wiedzieć?

No Comments