o rocku

3/02/2011

W radiu leci właśnie Lay Lady Lay. I tak sobie myślę, że dawno temu – dla części z Was nawet bardzo dawno, nastąpiła pewna bardzo korzystna dla mnie sprawa. Otóż gdzieś w połowie lat 90tych, moja ówczesna miłość licealna (która okazała się być miłością z tej samej ulicy, ale to inna historia) okazała się być posiadaczką kolekcji płyt Classic Rock. I te własnie płyty leciały na okrągło kiedy to zamykaliśmy się w pokoju. Nie, nie było AŻ takich zbereźnych rzeczy o których myślicie, bo byłem młody i w miare grzeczny (choć coś tam pewnie było :P). Ważne jest to że był ładunek emocjonalny, mega ładunek temu wszystiemu towarzyszący. Ładunek którego pewnie już nigdy nie będzie, bo tak juz jest na świecie i nie ma co się z tym zżymać. 

W każdym razie rock leciał, a ja do tego większej wagi nie przykładałem. Ot muzyka, niech leci, jest fajna, pozwala wygłuszyc to wszystko co dzieje się wokół – krzyczący brat mojej dziewczyny, jej rodzice krzatający się po kuchni i inne odgosu dnia codzinnego.

Jak mało byłem świadomy w tych dniach, mało świadomy, że te własnie kawałki będace kanonem klasycznego rocka, wybrane starannie przez jakiegoś muzyka, wbiją mi się w głowę tak bardzo, że po latach będą automatycznie przywoływac tamte wspomnienia, tamte chwile tak beztroskie, tak namiętne i zupełnie odległe od dzisiejszej zadaniowo/misyjnej/upierdliwej rzeczywistości. Wszystkie te kawałki z kanonu światowego stały się moim prywatnym kanonem. I tyle. Lay lady lay.

Comments are closed.