o lordach

25/03/2010

Up in the air. To już drugi film z Georgem, z twisterem na końcu. Lubię George’a choć nie jest on dla mnie jakimś mega genialnym aktorem. W każdym filmie gra prawie tak samo. Ale cóż począć, każdy chciałby się starzeć tak jak on. No cóż, w moim przypadku pozostaje mi tylko Bruce.

Film jest całkiem niezły, ale nie chciałbym pisać bezpośrednio o nim, a o czymś co nurtuje mnie od pewnego czasu, a ten ruchomy obraz jedynie mi o tym przypomniał.
Nie mam złotej karty American Airlines. Platynowej tym bardziej. Pewnie dlatego, że nigdy z nimi nie latałem. Mam zwykłą, granatową kartę Miles and More na której nie mam szans uzbierać ilości mil odpowiedniej do uzyskania statusu zwykłego starszego śmiertelnika sztabowego. I pewnie więcej okazji ku temu niż w ostatnich miesiącach mieć nie będę.
A jednak nalatałem się ostatnio nieco i czułem się dość podobnie do Dżordża. Na swoją skalę oczywiście. Po którymś locie zaczynasz wszystko traktować automatycznie. Może to kwestia początku rutyny, a może po prostu wspomnianego w filmie zostawienia bagażu i tego lekkiego powiewu luksusu który towarzyszy każdemu lotowi. Bo jest on niezaprzeczalny.
Głębsze zastanawianie się nad tym pozwala mi po raz kolejny zastanowić się nad moją wewnętrznie sprzeczną naturą. Nie wyobrażam sobie zupełnie spalenia mojego plecaka. Spalenia rzeczy dla mnie ważnych, przecięcia korzeni i wyjechania na drugi koniec świata. Po to, by wyjeżdżać znowu. I znowu. Ja – osoba żyjąca nie raz przeszłością, wspomnieniami, datami, ludźmi, miejscami. Ale może właśnie dlatego, że do ludzi i miejsc tak mocno się przywiązuję, lubię czasem zostawić ten bagaż za sobą i wsiąść do samolotu. Poczuć tą lekkość posiadania tylko jednej małej walizeczki na kółkach.
To taki posmak luksusu. Nie masz przy sobie tego całego ciężaru życia, twoich nagromadzonych przez lata rzeczy, drobiazgów, ubrań przypominających ci o setkach wydarzeń i miejsc pamiętających to czy tamto. Jesteś tylko ty i twoja mała walizka tocząca się gdziekolwiek pójdziesz.
Ważne by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ważne by wszystko było gładkie. Smooth. W całym tego słowa znaczeniu. Czyste buty, starannie wyprasowana koszula. Dobrze dobrane ubranie – nie za ciepło, nie za zimno. Staranne ogolenie, najedzenie. Obcięte paznokcie, czystość, dobre perfumy. Nie za słabe, nie za mocne. Zero pałętających się rzeczy. Zero zbyt dużych przedmiotów w kieszeniach, czy rzeczy które musisz wyjąć przy kontroli. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Niepotrzebny pasek który musiałbyś zdjąć, idealnie buty których zdjąć do kontroli nie musisz. Płynnym ruchem wyjmujesz laptopa, przecież wiesz dobrze, że musisz go wyjąć. Nie okazujesz tego, ale podświadomie patrzysz z góry na tych, którzy tego nie wiedzą. Wszystkie zbędne przedmioty są już schowane, przechodzisz przez bramkę, nic nie piszczy. Oczywiście. Delikatnie pokazujesz to swoją miną. Czemu miałoby piszczeć? “To co zwykle, Panie Staszku”.
Luksus. Czy może jego namiastka. Lubię czasem go liznąć. Jako osoba która spała w pasterskim szałasie na zboczu góry z Zawoi, czy we własnoręcznie zbudowanym schronieniu  w lasach Suwalszczyzny. Siadam na miejscu. Wszystko co ma być schowane, jest schowane. Samolot kołuje, jednostajny dźwięk silnika  sączy się do moich uszu. Czekam na dźwięk sygnalizujący możliwość rozpięcia pasów. Wyciągam laptopa. Zakładam słuchawki, odpalam film. Zamawiam niegazowaną wodę z cytryną i małe, białe wino. Jest lekkie jak cała sytuacja. Jestem lordem.
Lubię grać. Lubię przemierzać zamaszystym krokiem hall hotelu, lubię każdym krokiem mówić “tak, to ja, bywalec hotelowy” choć doskonale zdaje sobie sprawę, że to wierutna bzdura. Podaje swoje dane i z lekką nonszalancją odbieram klucz do pokoju. Tam czeka na mnie moja tymczasowa rzeczywistość – zresetowana, wyprasowana, czysta, gotowa. Moje tymczasowe mydło, tymczasowa pościel, tymczasowy szlafrok i tymczasowy napój z tymczasowej lodówki. Wszystko czyste, tabula rasa, niezabrudzone historią, będące kwintesencją teraźniejszości. Nawet syk otwieranego napoju jest inny, lodówka sterylnie czysta i bezwonna, nieskażona zapachem zwykłej, siermiężnej lodówki serowo-jajeczno-wędlinowej. Ta wydaje mi się teraz czymś paskudnym. Bo i po co trzymać jedzenie w lodówce? Wystarczy zjechać na dół i posilić się w restauracji. Czystym. Umytym. Wyprasowanym. Zresetowanym. Jutro też będzie dzień świstaka.
Mógłbym tak żyć. Przez chwilę. Gdybym mógł zostawić swój drogocenny bagaż w dobrze strzeżonym miejscu i zatrzymać czas. Mógłbym poruszać się krokiem z lekką nutką nonszalancji przez lotniska świata i światowe hotele. Niekoniecznie te mega luksusowe – tam byłbym zbytnio przytłoczony tymi którzy nie wiedzą co zrobić z luksusem. Wystarczą mi takie czterogwiazdkowe. I ta lekka nuta luksusu taxówkowo-samolotowo-hotelowa. Byłbym takim frequent travellerem. Na trochę. Na chwilę. Do pierwszego osamotnienia. 

Comments are closed.