o śmierci
7/03/2011Śmierć fascynowała mnie chyba od dziecka. Wiem, wiem, fascynowała każdego, bo jakże mogła nie fascynować? Najpierw próbowałem ją zrozumieć, ale przy kilku zawieszkach umysłowych postanowiłem to porzucić – nie byłem w stanie pojąć wieczności. Dodawałem do niej kolejne dni, miesiące i lata i nadal to nie było to.
Z pomoca przyszła mi definicja Nieba. Wiedziałem już, że po śmierci nie zostanę pochłonięty przez Niewiadomoco na Niewadomojakdługo. Będę Tam, cokolwiek to by miało znaczyć. I wtedy właśnie to zaprzatnęło mój umysł.
Bo jak TAM jest? Co będzie się TAM robić? Czy dostanę taśmę mojego życia z której będe mógł zmontować film, albo co najmniej kilka teledysków? A co z momentami z których nie jestem zbytnio dumny? Czy wszyscy będą mogli je oglądać? Oby nie…
I wreszcie JAK będziemy się widzieć? Czy moja prababcia Czesia która zmarła jako sędziwa staruszka będzie właśnie tak widziana przez swojego męża który umarł o wiele młodziej? Tu też wymyśliłem, że każdy będzie widział drugą osobę właśnie taką jaką ją zapamiętał. Problem z głowy.
Ale to nie Niebo zaprzątało moje myśli najbardziej. Tylko moja śmierć, moja własna śmierć. Uwielbiałem ją udawać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że to z próżności. Z próżności? Tak. Kładłem się na łóżku i udawałem trupa. Chciałem by inni to zobaczyli, by cieszyli się, że to nieprawda. By doceniali to że żyję.
Wiem, to straszne. Ba, zrażony nieco tym że nikt nie zauważał że leżę dobre piętnaście minut w nieruchomej pozycji (“śpi pewnie”) kładłem na brzuchu kartkę z napisem “UMARŁEM”. Dziadek nigdy nie lubił takich żartów i zdenerwowany miął kartkę i wrzucał ją do pieca. Dziś wiem, że były to strasznie brutalne żarty – pierworodny syn mojego dziadka zginął tragicznie w wieku 14 lat…
***
Uwielbiam scenę z Tomka Sawyera gdy chłopaki aranżują swoją śmierć i obserwują swój pogrzeb. Kto przyszedłby na mój? Nie raz się nad tym zastanawiałem. Jakby wyglądał? Wiem, wiem, próżność. Co zrobić.
Nie raz zastanawiałem się nad tym jakby wyglądał. W końcu znam mnóstwo ludzi – przewinęło się przez moje życie setki osób, ba – tysiące. Choć specjalistą w żadnej dziedzinie nie byłem, to zaistniałem na wielu frontach. Kto by przyszedł? Jakby to wyglądało? Nie mogę przestać się nad tym zastanawiać…
***
I wtedy po latach rozważań w tym stylu przyszła wiadomość. Uderzyła całkiem niespodziewanie, przy okazji badania gardła. Guz. Guz tarczycy. Oczywiście “w większości wypadków niegroźny”, “nie ma co się nim na razie przejmować”, ale jednak. Pierwsze badania wykazały, że jest niemożliwy do zdiagnozowania bez wycięcia. Ot taki obcy który da się zbadać dopiero po jego usunięciu. Więc trzeba będzie je wykonać. Zaraz po serii szczepień na żółtaczkę. Czyli jakoś lada dzień.
Wrodzony optymizm, czy też może beztroskie podejście do życia jak nazywa to mój Tata, nie pozwalają na stałe dochodzić do głosu złym myślom. Ale te mimo wszystko się przebijają.
Bo śmierć mimo wszystko była czymś bardzo odległym. A teraz? “W 80% przypadków jest to guz niegroźny”. A pozostałę 20%? To sporo. To więcej przecież niż wypadnięcie określonego numeru na kostce sześciościennej. A te wypadają co chwilę, right?
Myśli znowu wracają. Z podwójną i potrójną siłą. Co dalej? Co gdyby to była prawda? Co bym zrobił? Czy walczyłbym do końca, czy próbowałbym zrobić to wszystko co zawsze chciałem zrobić, a na co nie miałbym teraz zbyt wiele czasu? Czy zostawiłbym rodzinę po to żeby przejechać się Route 66 i skoczyć na bungee czy polecieć balonem? Czy raczej namawiałbym jakiegoś artystę z którym zawsze chciałem zagrać na scenie na jakiś wyciskający łzy przedśmiertny występ? A może po prostu chciałbym żyć dalej nie zauważając że cokolwiek się dzieje?
Nie wiem. Myśl zalęgła mi się w głowie i nie daje spokoju. Zupełnie jak zadanie z wielorakich szkoleń “nie wyobrażaj sobie zielonego słonia”. No jak nie? Nie wiem jak.
Już niedługo rozwiązanie problemu. Jestem dobrej myśli. Jak zwykle. Ale nie mogę przestać myśleć. Jak bym zakończył swój żywot z charakterystycznym dla mnie “pierdolnięciem”? Może kazałbym się rozsypać nad Bieszczadami? A może nagrobek ze znakiem Assassin’s Creed? A może z napisem “Find me on Facebook”? A może sam go zadesignuję. A może…. Zamknij się. Będzie ok. Musi być. Hough.
Comments are closed.